Na pierwszy rzut oka bez wahania można mnie nazwać kobietą (mam czym oddychać). Dopiero przy którymś z kolei rzucie ludzie zaczynają się nad tą moją kobiecością zastanawiać. Najczęściej w mojej obecności, co, musze przyznać, jest źle znoszone przez moje ego. Czy tylko dla mnie bycie kobietą to takie ciężkie zadanie?

Idąc ulicami miasta zerkam ukradkiem na mijane dziewczyny. I podziwiam je. Są zawsze ślicznie pomalowane, umieją zapanować nad swoimi włosami i przede wszystkim są pięknie ubrane – niby od niechcenia, ale efektownie, modnie, ale lekko, kobieco, ale naturalnie. Odważne kolory, ciekawe fasony, oryginalne dodatki, ale wszystko jakimś cudem do siebie pasuje. Jakby nawet wychodząc do sklepu po bułki były przygotowane na spotkanie Tego Jedynego. Po czym w witrynach mijanych sklepów widzę swoje odbicie – niedbale związane włosy, które nie wiedzą co to żel/pianka/lakier/guma (aż się w głowie kręci od ilości tych wszystkich specyfików do włosów!), t-shirt, dżinsy, trampki. Z dodatków delikatny wisiorek na rzemyku i ewentualnie srebrne bransoletki (bo fajnie brzęczą i można się nimi bawić jak się nie ma co zrobić z rękami). Nie jest to widok wzbudzający zazdrość płci żeńskiej i westchnienia płci męskiej, niestety.

Najgorsze jest to, że drzemie we mnie niewykorzystany potencjał. I się marnuje, a ja nie lubię marnotrastwa. I nieudolnie staram się go wyeksploatować. Po czym swtierdzam, że jednak mi się nie chce. Brak konsekwencji to moja najgorsza wada. W każdym razie jedna z najgorszych. Wracając do potencjału – ciuchów ładnych mam wiele, buty inne niż trampki również się znajdą. Biżuterii – aż za dużo. I często sobie myślę “ooo, w to się ubiorę i będę laska”. A jak przychodzi co do czego – brakuje mi odwagi, nie chcę być ekstrawagancka i odpicowana i sięgam po stare, wygodne zestawy. Biżuterii nie umiem dobierać i również najbardziej efektowne rzeczy siedzą w szufladkach i czekają na lepsze czasy bo wydają mi się zbyt odważne. I chodzę sobie jak taka szarobura myszo-chłopczyca.

Ponadto odbyłam ostatnio dłuuugą rozmowę na temat mojej kobiecości z moim znajomym. Wg niego powinnam nie palić, nie pić piwa, nie być taka wojownicza i nie przeklinać. Czyli mój charakter również jest niekompatybilny z moją płcią. Wniosek – jeśli chcę być kobietą, muszę przestać być sobą. Zmienić się. Wniosek nr 2 – jakie szczęście, że Mój Jedyny potrafi przebić się przez ten pancerz chłopczycy (Joanna D’Arc? imię by się zgadzało), który stworzyłam i dostrzec dziewczynkę, która we mnie siedzi. I bardzo boi się pokazać, zagłuszona przez tą zewnętrzną mnie. Ale jeszcze kiedyś zakwitnie, zobaczycie.

Miałam wczoraj przyjemność wybrać się na otwarcie wystawy malarstwa sześciu studentów wydziału sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego (M. Wieczerzak, K. Jarocki, M. Gulak, Ł.Gil, M.Dudek, A.Stankiewicz). Impreza w teatrze, marynara i fryzura, dobre wino, przemowy, błyski fleszy – zupełnie nowe doświadczenie. Takie dorosłe i poważne.

Najlepsze jest to, że przechadzając się z lampką wina i oglądając z bliska obrazy uzdolnionych młodych ludzi, naprawdę przez chwilę poczułam się… ukulturowiona (zapewne takie słowo nie istnieje, no ale co na to poradzę, że właśnie tak się czułam). Z reguły jeśli już oglądam jakieś dzieło, to jest to na ekranie monitora/kartce w podręczniku, pobieżnie i bez skupienia się na tym co tak naprawdę widzę. Tutaj powoli przyglądałam się każdemu obrazowi i po raz pierwszy zwracałam uwagę na takie rzeczy jak faktura, pociągnięcia pędzla, barwy, cienie. Podoba mi się to, że w dobie sztuki komputerowej i fotografii, które szybko pozwalają uzyskać ciekawy efekt, młodzi ludzie nadal poświęcają swój wolny czas na coś tak pozornie anachronicznego jak malarstwo. Oglądając wystawione płótna zastanawiałam się nad emocjami jakie towarzyszyły ich autorom podczas malowania. Chciałabym poznać tych wrażliwych ludzi- jeśli są w stanie stworzyć tak poruszające mnie obrazy to zdaje mi się, że mogłąbym z nimi przeprowadzić wiele naprawdę interesujących rozmów.

Zazwyczaj moją uwagę zwracają ciekawe połączenia kolorów (jak u Marcina Dudka), realizm (obraz Alicji Stankiewicz z wróblami, mmm) i intrygujące pomysły (wszyyyystkie prace Macieja Gulaka, takie… niepokojące). Jednak muszę przyznać, że najbardziej urzekł mnie prace Macieja Wieczerzaka, a szczególnie ta przedstawiająca paczki z czipsami Lays. Spędziłam z dobry kwadrans wpatrując się w to płótno i zdecydowanie poprawiło mi to humor. Ale oczywiście każda z tych prac jest piękna i każdemu może się podobać coś innego. A nawet jeśli to samo, to w inny sposób (mam nadzieję, że wyraziłam to w miarę zrozumiale).

Ogólnie rzecz biorąc, zaczynam odkrywać inne formy spędzania wolnego czasu niż wyjście na piwo i oglądanie seriali i sprawiają mi one przyjemność, w związku z czym jestem z siebie zadowolona. Kiedyś w końcu trzeba zacząć się odchamiać.

Bols

To nie będzie kolejny blog zbuntowanej, niezrozumianej nastolatki, której ulubionym zajęciem jest dołowanie się. Tym bardziej nie będzie to blog RooSHoffFejJJ nastolatki. Gwoli ścisłości, nastolatką w ogóle pozostanę jeszcze tylko kilka miesięcy.

Założyłam tego bloga, żeby móc szybko spisywać myśli, które uciekają kiedy tylko wydadzą mi się godne zapamiętania. Mam nadzieję, że czytanie tego nie sprawi nikomu przykrości – a może nawet kogoś zainteresuje.

No to do usłyszenia,

Bols